Babcia by się za głowę złapała, czyli o gotowaniu rozsołu.
Moja babcia z liczną rodziną mieszkała na wsi. Musieli z dziadkiem wykarmić siebie i gromadkę dzieci. To były lata 40te i 50te XX wieku. Rosół to było święto. Tylko w niedzielę. Wyłącznie z makaronem własnej roboty. Wyłącznie z własnej kury. Dorodnej kury, bo jej mięsem trzeba było obdzielić pięcioro dzieci i dwoje dorosłych. Do tej pory zachodzę w głowę jak się babci to udawało.
Babcia nie miała rozterek, czy mięso wrzucać do wrzątku czy do zimnej wody. Czy zbierać szumowiny? Jak długo gotować? Ją nauczyła tego jej matka. To były proste kobiety, nie miały podstaw naukowych do roztrząsania kwestii konsekwencji wrzucenia mięsa do wrzątku: czy się przypadkiem zbyt szybko nie zasklepi, a to oznaczać będzie rosół bez smaku, bo mięso zasklepione nie odda wszak swych cennych wartości odżywczych i smakowych do wywaru. No i bądźmy szczerzy, kto z nas posiadł na tyle szeroką wiedzę biochemiczną, żeby takie kwestie podczas gotowania roztrząsać.
Wracając do babcinych rozterek, a właściwie ich braku. Babcia zalewała mięso zimną wodą. Szumowin nie zbierała. Dodawała warzywa, tradycyjnie: marchew, pietruszka, seler, por, cebula. Oczywiście z własnego ogródka. Przyprawy, równie tradycyjnie: sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, który nazywała bobkowym. Swoją drogą zawsze ta nazwa mnie śmieszyła, bo często słyszałam o bobkach zajęczych, ale że owoce wawrzynu też bobkami zwą - to nie wiedziałam.
Babciny rosół gotował się na kaflowym piecu kuchennym. Ile czasu? Babcia nie nastawiała minutnika. Rosół gotował się tyle czasu, ile babcia potrzebowała na zrobienie makaronu. Do dziś w zakamarkach kubków smakowych pozostał jego smak. Niepowtarzalny. Może mąka była jakaś inna, lepsza. A może to osobliwa pamięć dziecięcego podniebienia. Ale bardziej niż smak makaronu urzekał nas smak czegoś, co dziś nazwalibyśmy podpłomykami. Było tak - kiedy do babci zjeżdżały wnuczęta, dużo wnucząt, to babcia wiedziała, że musi robić makaron z podwójnej ilości mąki. A kiedy nadchodził moment wałkowania ciasta i krojenia go w paseczki, to śliniąca się gromada dzieciaków czekała na kawał odkrojonego placka, kładliśmy go na rozgrzanych fajerkach i z zachwytem przyglądaliśmy się burchlom i pęcherzom wyrastającym z tego kawałka, przewracaliśmy na drugą stronę i po chwili chrupaliśmy te cudowności parząc sobie usta. Babciu, jeszcze kawałek. Proszę! Dziś to po prostu podpłomyki, dla nas dzieci, to były prawdziwe delicje. Smak wakacji spędzanych na wsi.
Do rzeczy, znaczy do czasu. Czasu gotowania rosołu. Myślę, że babciny rosół pyrkał dobrze ponad godzinę. I zawsze był smaczny. No i ten makaron.
A jakie rosołowe rozterki towarzyszą nam w kuchni dzisiaj? Ano rozterki wynikające z ogromu przepisów, które zewsząd nas atakują. A większość autorów takich przepisów, nie dość, że wprowadza mętlik w naszych głowach (bo może faktycznie TRZEBA dodać do rosołu imbir i cynamon? Nooo, moja babcia w grobie się przewraca!), to w dodatku bez pardonu szydzą z tych, którzy gotują po swojemu. "I ty to nazywasz rosołem? Kto dodaje opalaną cebulę do rosołu? Dlaczego zbierasz/nie zbierasz szumowiny?"
To ja też dołożę swoje trzy grosze do tego kulinarnego rozgardiaszu i udostępnię wam przepis na jedyny, niepowtarzalny, gotowany zgodnie ze sztuką - ROSÓŁ.
Aha. Jak rosół, to tylko zimą, kiedy jest prawdziwym darem dla naszych przemarzniętych organizmów po długim marszu przez mazurskie lasy. Po kolana w śniegu, oczywiście. Wpis-przepis dotyczy warunków pogodowych, które panowały w styczniu i lutym 2026 roku.
Zaczynam od znalezienia szpadla. I grabi. To oczywiste w naszej rzeczywistości, bo o ile marchew, pietruszkę i selera mamy w zamrażarce, to pory wciąż są na warzywniku. Ponieważ jest 60 centymetrów śniegu, to najpierw muszę użyć grabi, żeby pory zlokalizować, a potem szpadla, żeby pory wykopać. Nie do końca ta akcja się udaje, to znaczy, nie udaje mi się nawet wbić szpadel w zamarzniętą ziemię, więc muszę zadowolić się częścią nadziemną pora.

Do gara z zimną wodą wrzucam kurę od sąsiadki, miastowym polecam kurczaki z chowu gospodarczego, zawsze to mniej antybiotyków. Dorzucam przyprawy: pieprz w ziarnach, kuleczki ziela angielskiego, listek laurowy, solę później, tak po godzince gotowania. Po tej godzince dorzucam warzywa: marchew, korzeń pietruszki, selera, liście lubczyku (tak, tak, znamy go pod nazwą maggi) i selera naciowego. Z tymi liśćmi trzeba uważać, bo zbyt duża ich ilość potrafi bardzo zdominować smak rosołu. Sposób krojenia warzyw zależy od kucharza. To żart. To naprawdę nie ma znaczenia, czy pokroicie warzywa w słupki czy w talarki.
No i najbardziej kontrowersyjny, według niektórych, dodatek. Cebula przypiekana żywym ogniem. Aj waj, nie róbcie tego, bo to akrylamid, czyli trucizna straszna, neurotoksyna, powoduje raka i w ogóle zło wcielone. Tak niektórzy straszą.
Krótko zatem i bez wdawania się w wywody biochemiczne. Akrylamid jest w tylu produktach, że łatwiej byłoby wskazać te, w których go nie ma. Jest we frytkach, tostach, smażonym i pieczonym mięsie, w kawie, chipsach i płatkach śniadaniowych. No i w opalanej cebuli. Jednak, żeby się zatruć na amen, trzeba byłoby zjeść mniej więcej dwie tony wspomnianych frytek albo chipsów, albo tostów. Nie, nie przez całe życie, lecz na jeden obiadek. Zatem - bez paniki. Opalona cebulowa główka niech wyląduje z innymi warzywami w naszym rosole.
Taki wywar już z pełnym wkładem, delikatnie pyrka na kuchni jeszcze z 40 minut.
Serwujemy. Ja oczywiście z makaronem. Kupnym. Mój mężczyzna z ziemniakami. Nie, nie uważam tego za świętokradztwo. Są tacy, którzy rosół podają z lanymi kluseczkami. Są i tacy, którzy podają go z kaszą jaglaną.
Posypuję rosół w talerzu bardzo dużą ilością natki. W moim talerzu! Nigdy nie dorzucam natki do gara, bo każdy lubi różną jej ilość w rosole. Z kolei połączenie rosołu i małych dzieci, skończyło się dawno temu stanowczą odmową zjedzenia "tego zielonego", próbą wyławiania z talerza albo wręcz wydłubywania sobie natki z buzi. Nie ma więc co katować dzieci nielubianą zieleniną, sposobów przemycenia witamin w jedzeniu jest naprawdę dużo.
Rosół wyszedł pyszny, tłuściutki, z kawałeczkami marchwi i natką pietruszki. Najlepsza zupa na zimowe popołudnie. Jeśli nie zjemy wszystkiego, a tak jest zazwyczaj, to rosół przelewam do słoika i pasteryzuję. Za jakiś czas będzie jak znalazł jako baza do ogórkowej albo pomidorowej.
Zatem tak. To jest MÓJ sposób gotowania rosołu. Jak zwykle to jedynie sugestia, wskazówka, ramy, poza które należy wychodzić, dosmaczać według swojego gustu, dodawać składniki nieoczywiste. Rosół niektórzy gotują nie tylko na mięsie z kury. Dodają pręgę wołową, szyję lub skrzydło indyka, kości wołowe. Są tacy, którzy dodają odrobinę grzybów suszonych. Gotują trzy godziny albo dłużej. Ci, którzy warzą rosół kolagenowy, potrafią go gotować przez trzy dni.
I to wszystko jest w porządku. Pamiętajcie. Gotowaniem się bawimy. Szukamy kolejnych pomysłów. Eksperymentujemy. Mieszamy. Każda potrawa może nas pozytywnie zaskoczyć. Nawet jeśli nie wygląda tak jak ta na zdjęciu pod przepisem w internecie.
I jeszcze jedno. Nie ściągam szumowin zwanych niekiedy mętami. Moja babcia też nie ściągała. Myślę, że byłaby dumna z mojego rosołu.